Dzień 4

Prowiant zdobyty, a ja obecnie przebywam w domu, nie w piwnicy. Ale od początku…

Wczesnym rankiem, uzbrojony w metalową rurkę (tę samą, która pomogła mi z kotem) i z dużą torbą za pazuchą ruszyłem w stronę marketu. Trzymałem się blisko ścian mijanych zabudowań, upewniając się co chwilę czy nic i nikt za mną nie idzie. Wyglądałem pewnie, jakbym w każdej chwili chciał przejść przez ulicę, albo oglądał mecz tenisa. Droga bardzo się dłużyła i niczym nie przypominała tradycyjnego spaceru po pieczywo i dodatki.

Ciągle towarzyszy mi uczucie wewnętrznego napięcia i ucisk w klatce piersiowej. Mam też wrażenie, jakbym wraz ze śliną przełykał małą piłeczkę. Mam nadzieję, że to tylko nerwy dają znać o sobie. Trzeba jednak skoncentrować się na tym co wokół mnie, nie tym co wewnątrz (nie licząc żołądka).

Na parkingu przed sklepem stały samochody jak w zwykły, handlowy dzień. Nauczony doświadczeniem zdobytym z filmów nie zbliżałem się do nich. W takich momentach zazwyczaj coś nagle uderza od wewnątrz w szybę a w widza lecą setki decybeli. Nie jestem fanem takich scen, bo są sztuczne. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Zastanawiałem się jak sforsować drzwi wejściowe. Są ze szkła, więc mocniejsze uderzenie albo jakaś cegła załatwią sprawę, ale hałas na pewno zwróci czyjąś uwagę, chociaż nikogo jak do tej pory nie widziałem. No nic, pomyślałem, że pójdę na żywioł. Kiedy podszedłem na odległość metra drzwi po prostu się rozsunęły. Dacie wiarę? Byłem tak zaskoczony, że przez dobre pół minuty stałem jak wryty a drzwi na przemian zamykały się i otwierały.

Wewnątrz było jasno, cicho i…pusto. Na półkach pozostały jakieś półprodukty – mąki, proszki do pieczenia i inne duperele, z których na chwilę obecną nie jestem w stanie nic zrobić. Dział z chemią był praktycznie nietknięty. Dotarłem do końcowej ściany i zauważyłem uchylone drzwi do magazynu. Nie miałem wielkiej nadziei na łupy, ale wszedłem do środka. Panował tam wielki bałagan. Porozdzierane kartony, zbiorcze opakowania i resztki rozsypanych środków spożywczych walały się po podłodze. Zacisnąłem zęby ze złości. Kolejny sklep był co prawda niedaleko, ale czym mógł różnić się od tego? Porozglądałem się jeszcze chwilę i ruszyłem w kierunku, z którego przyszedłem. W pewnym momencie doszedł mnie niesamowity smród. Odruchowo zasłoniłem twarz dłońmi. Po co w takim momencie człowiek szuka źródła woni? Nie jestem w stanie odpowiedzieć, ale skoro sam jestem człowiekiem, to i ja zacząłem szukać.

Pierwszy raz w życiu ujrzany widok zwalił mnie z nóg. Dosłownie. Wykonałem dwa nieporadne kroki do tyłu i runąłem na puste kartony. Kilka razy w panice odepchnąłem się stopami i wykonałem dziwny ruch rękami.
Przede mną leżał pracownik sklepu, czy raczej to co z niego zostało. Jego fartuch tylko miejscami zdradzał biały kolor, natomiast w zdecydowanej większości nasiąknięty był ciemną, prawie czarną krwią, która nagromadziwszy się w jego rogach kapała na podłogę.
Z rąk, w połowie przedramion, sterczały kości. Brakowało jednej dłoni. Stopy odwrócone były o sto osiemdziesiąt stopni i dociśnięte do łydek. Wyłamane stawy kolanowe i zerwane ścięgna oraz mięśnie pozwoliły na zarzucenie dolnej część nóg na uda, jakby ktoś chciał tego człowieka zapakować do walizki. Twarz była opuchnięta, pokryta krwią, guzami i krwiakami. Przez dziury w policzkach wystawały pojedyncze, powybijane zęby, zupełnie jakby przebiły się od środka. Skóra nosa w całości oddzieliła się od kości, sprawiając wrażenie, jakby miał ich dwa. Z lewego ucha wystawał przedmiot przypominający pilnik do paznokci. Jedno oko zostało wydłubane, a drugie było w nienaturalny sposób wybałuszone z wciśniętą za nie powieką.

To jest właśnie jeden z takich widoków, których nie da się zapomnieć do końca życia. On i panujący smród wywołały u mnie odruch wymiotny, ale oprócz żółci i soków trawiennych niczego nie mogłem zwrócić.
Poczułem się wycieńczony, bliski omdlenia i bezradny. Zawroty głowy były nie do zniesienia, niczym po hucznej imprezie. Ogarnął mnie taki niepokój i lęk, że chciało mi się płakać. Zacząłem zaciskać pięści i strzelać knykciami. Oddech bardzo przyspieszył i wyraźnie słyszałem przepływającą przez skronie krew w postaci regularnego pulsowania.

Nie wiem jak długo trwał ten stan, jednak kiedy minął poczułem mrowienie na całym ciele i rozluźniające się mięśnie. Byłem otępiały i zdezorientowany, trochę obojętny.

Wstałem powoli, co i tak nie uchroniło mnie przed mroczkami przed oczami. Moją uwagę przykuły klucze przytwierdzone do smyczy wiszącej na szyi Błażeja. Nie, nie znałem go, po prostu do tej samej smyczy przyczepiony był identyfikator z napisem “CHŁODNIA Błażej Delong” i zdjęciem twarzy uśmiechniętego mężczyzny w średnim wieku. Rozejrzałem się za drzwiami prowadzącymi do jego miejsca pracy. Tak się złożyło, że opierał się o nie plecami. Nie było innego wyjścia, musiałem odsunąć zwłoki, żeby dostać się do środka.

Z obrzydzeniem i w strachu chwyciłem go za stopy. Prostowane nogi chrupnęły. W tym momencie z gardła mężczyzny wydobył się bulgoczący dźwięk a z kości nosowej i dziur w policzkach chlusnęła krew. Źrenica pozostałego w czaszce oka uniosła się do góry wyrażając nieopisany ból. Odskoczyłem i znowu ogarnęły mnie torsje. Nieszczęśnik zaczął głośno i szybko charczeć. Mięśnie rąk i nóg napinały się, ale nie wykonywały żadnego ruchu. Szybkim gestem zerwałem mu smycz z szyi, przewróciłem na bok, wpadłem do chłodni i zabrałem to, co leżało na najbliższej półce. A potem… potem musiałem przybiec do domu, bo kilkunastu minut nie pamiętam.
Ocknąłem się przy kuchennym blacie wpatrując w zdobycz.

Minęło kilka godzin od tego wydarzenia. Biję się z myślami. Miałem go dobić? To nie takie proste zabić człowieka, nie przyszło mi to na myśl. Jedyne o czym myślałem to ucieczka. A jednak pozostawienie go w tym stanie było nie mniejszym okrucieństwem niż samo okaleczenie.
Jutro muszę powtórzyć wyprawę, bo kilka pomidorów, dwa banany i granat nie starczą na długo. Jeśli Błażej będzie jeszcze żył, dobiję go…

Dodaj komentarz

Proszę Zaloguj się aby komentować pod swoim nickiem