Dzień 5

Wczorajsza noc i dzisiejszy dzień minęły bardzo intensywnie. Sporo się wydarzyło, mimo, że nie wróciłem do marketu. Nie miałem odwagi ani ochoty, ani nerwów, ani zdrowia.

Wiedziałem, że objadanie się po długim poście nie jest mądrą decyzją, ale jak tylko poczułem smak jedzenia nie mogłem się powstrzymać. Nie dość, że mocno to odchorowałem, to jeszcze zostały mi tylko dwa pomidory. Kto by pomyślał, że w obliczu apokalipsy sraczka nadal pozostaje problemem…

Dostałem kolejny liścik. Tym razem kobieta była bardziej wylewna. Trochę zaczynam wierzyć, że nie kryje się za nią żadna intryga ani podstęp. Oto, co napisała:
“Cześć. Niestety nie mam internetu, więc muszę się komunikować w ten sposób. Mieszkam, a raczej mieszkałam z mężem. Któregoś dnia po prostu nie wrócił z pracy. Zajmował się w domu wszystkim, więc teraz sobie nie radzę. Dokucza mi też samotność i strach. W nocy nie mogę spać, w dzień zapadam w krótkie drzemki. Powoli dostaję szału. Czy mogę zamieszkać u Ciebie? Nie będę przeszkadzać a i na pewno jest coś, w czym mogłabym pomóc. Magda”

Może rzeczywiście nie jest głupim pomysłem zaprosić ją do siebie. Poczekam jeszcze dzień lub dwa i raczej przyjmę propozycję. Może mój lęk też się zmniejszy, może poczuję się trochę normalniej.

Przez przypadek przypomniałem sobie o jednej, w mojej sytuacji bardzo ważnej sprawie. Kilkanaście lat temu istniało bezpośrednie zejście z salonu do piwnicy. Schody tak długo służyły mi za półki i śmietnik, że zupełnie o tym zapomniałem. Odgruzowałem je i przywróciłem pierwotną funkcję, jednocześnie zabezpieczając z obu stron. Od teraz mogę bezpiecznie przebywać w domu a w razie czego uciec do piwnicy.

Cały czas mam przed oczami widok zmaltretowanego ciała. Czasami nawet czuję jego smród. Jestem wściekły na siebie, że tak zostawiłem tego człowieka, ale i za to, że dotykałem go bez żadnego zabezpieczenia dłoni. Przecież w tak głupi sposób mogłem się zarazić. Może nawet się zaraziłem. Przecież nie mam pojęcia jak przenosi się choroba.
Istnieje oczywiście prawdopodobieństwo, że nie był zarażony, a jedynie padł ofiarą jakiegoś agresora, który nie przekazał mu patogenu. Co musi dziać się w głowie istoty, która jest zdolna do takiej przemocy?

Zaniosłem informację do skrzynki pocztowej Magdy. Pokrótce poinformowałem, żebyśmy dali sobie jeszcze kilka dni i po tym czasie, upewniwszy się, że żadne z nas nie jest zakażone, spotkamy się. I tym razem nie zauważyłem w jej domu żadnego ruchu. Za to w ogrodzie dostrzegłem wychudzone zwierzę – mały pies, albo kot. Nie byłem w stanie ocenić po samej sylwetce, a cały pysk miało umazane błotem i ziemią.

Kiedy wracałem, w oknie jednego z mijanych budynków poruszyła się firana. Udałem, że tego nie zauważyłem. Zrobiłem to mechanicznie, ale nie żałuję. Póki co nie mam ochoty na nowe znajomości i nowe ryzyko z nimi związane. Jak tak dalej pójdzie może się okazać, że na mojej ulicy pozostało jeszcze sporo ludzi. Magda nie skomentowała tego faktu, mimo mojego pytania.

Jest późny wieczór. Właśnie dochodzę do siebie po incydencie, który bezpośrednio mnie nie dotyczył, ale mocno zaniżył poczucie jako takiego bezpieczeństwa.
Początkowa euforia wywołana zapaleniem się światła w domu naprzeciwko szybko minęła, kiedy po kilku minutach został zaatakowany. To był prawdziwy szturm. Grupa kilkunastu napastników szybko uporała się z oknami i dosłownie wlała się do środka. Jeden za drugim w dziwaczny, przerażający sposób wpadali przez wybite szyby nie zważając na odłamki szkła. Przypominało to tłum uciekający z pomieszczenia przed pożarem, z tą różnicą, że oni pchali się do wewnątrz. Wyraźnie słyszałem krzyki. Ba, było je słychać na całej ulicy. Wrzask ofiar odróżniał się od tego wydawanego przez agresorów. Mimo zawartego w nim bólu i jakby prośby o szybki koniec, był bardziej ludzki.
Czasami w internecie napotykałem na filmy ukazujące ludzkie cierpienie, ale usłyszenie tego blisko siebie, “na żywo” to zupełnie co innego. Krzyk przeobraża się w wycie, nienaturalne wycie wywołane strachem, rozdzieranym ciałem i poczuciem zbliżającej się śmierci.
Hałas ucichł a sylwetki wewnątrz domu na chwilę znieruchomiały, po czym wolno, niezdarnie wydostały się na zewnątrz. Napastnicy wyglądali tak, jakby nie mieli pomysłu co robić dalej. Wszyscy szybko dyszeli, ale miałem wrażenie, że robią to bardziej z wściekłości niż ze zmęczenia. Mimo chłodu z ich ust nie wydobywała się para.

Po chwili po prostu odeszli. Niespiesznie, niemalże gęsiego. Skąd się tu wzięli? Czy był to czysty przypadek? Czy to możliwe, że cały czas gdzieś tu przebywają i z jakiegoś powodu nie są aktywni w dzień? Zmroziło mnie na samą myśl, że coraz śmielej sobie ostatnio poczynałem robiąc codzienne wypady ulicą, wzdłuż której być może się od nich roi. Czy też widzieliście ich w takiej ilości? Może wiecie coś więcej?

 

Dodaj komentarz

Proszę Zaloguj się aby komentować pod swoim nickiem