Dzień 7

Nie wiem jak opisać zeszłą noc. Ciężko mi zrozumieć co się stało, chociaż wnioski nasuwają się same.

Zaczęło się późnym wieczorem. Otępiały bardziej niż przez ostatnie dni siedziałem w fotelu. Pokój powoli spowijał mrok. Nie wiedząc czemu, lekko kołysałem głową do przodu i do tyłu, po prostu czułem, że muszę, podobnie jak czasem musimy nerwowo tupać nogą.

Ostatnie promienie jesiennego słońca przebijały się przez przysłonięte roletami szyby. Miałem wrażenie, jakbym coś tracił, coś zgubił. Wewnętrzny, ciężki do opisania niepokój nie pozwalał mi pozostawać w jednym miejscu. Zacząłem krążyć po pokoju zerkając w różne miejsca. Zupełnie jakbym czegoś szukał. W końcu podszedłem do małego okna w łazience i spojrzałem w niebo. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Było inne niż zwykle – miało pociągającą, niezwykłą głębię, która wydawała się mnie wciągać. Mimo, że fizycznie czułem się coraz gorzej, odczuwałem coraz większy spokój i ulgę.

Kiedy miałem wrażenie, że jestem w stanie zasnąć na stojąco, przez moją głowę przetoczyły się negatywne myśli. Najpierw o wszystkich zmarłych członkach rodziny, o psie, który zdechł w zeszłym roku, o wypadku samochodowym jaki miałem będąc studentem, o napaści na mnie za czasów licealnych i w końcu o pełnych piasku oczach, którym rzucił we mnie kolega w przedszkolu. Wszystkie uczucia odżyły, jakbym odczuwał je w tej chwili. Po chwili zaczęły mi się przypominać kolejne, przykre wydarzenia z życia, zataczając jakby chronologiczne koła, aż w końcu zaistniały wszystkie razem. Nie mogłem tego znieść – krzyczałem, trzymałem się za głowę, strąciłem z półki wszystkie kosmetyki, zerwałem zasłonę prysznicową i runąłem na ziemię.

Ocknąłem się leżąc na progu wejściowym. Zwrócony byłem w kierunku wiatrołapu, wewnątrz którego porozrzucane były różne przedmioty. Kiedy zorientowałem się w sytuacji szybko wpadłem do środka, zamknąłem drzwi i nasłuchiwałem. Było cicho. Słyszałem jedynie swój oddech.

Klamka i zasuwy pokryte były brudem. Spojrzałem na dłonie – to one go pozostawiły. Podbiegłem do najbliższego lustra. Mimo panujących ciemności wyraźnie widziałem swoje odbicie. Ubranie oblepione błotem i liśćmi było miejscami postrzępione. Buty wyglądały jak po przebiegnięciu runmageddonu. Twarz pokryta była zaschniętymi plamkami krwi jakbym ogolił się tępą maszynką. Czułem ból w szczęce. Po bliższych oględzinach zauważyłem, że górna dwójka i trójka były ukruszone.

Wpatrywałem się w lustro dość długo, nie mogąc zrozumieć co się stało. Na pewno byłem na zewnątrz i to dobre parę godzin, ale dlaczego niczego nie pamiętam? Powoli zaczęły odzywać się inne obrażenia w postaci otarć, przecięć czy stłuczeń. Może miałem jakiś wypadek?

Wróciłem do wiatrołapu upewnić się, że zamknąłem drzwi. Wewnątrz leżały przedmioty, o których już zdążyłem zapomnieć. Była to drobna elektronika, trochę pożywienia, spory nóż i jakieś losowe śmieci, które zacząłem przeglądać. Wśród nich znalazłem zwiniętą w kulkę kartkę papieru, na której zamieszczona była wiadomość:

“Odnalazłam go. Jezu, jaki to był straszny widok! Nie wyobrażasz sobie jak musiał cierpieć. Jezu! Nie wytrzymam tego! Nie mogę dłużej! Nie mogę dłużej żyć. Jezu Chryste! Przepraszam!”

List napisała Magda i z jakiegoś powodu mi go nie dostarczyła. Skąd zatem wziął się tutaj? Rozgarniając resztę śmieci znalazłem przedarte zdjęcie, a na nim uśmiechniętą rodzinę – kobietę, mężczyznę i kilkunastoletnią dziewczynkę. Przyjrzałem mu się bliżej i omal nie wypuściłem z ręki. Na odwrocie widniał napisał:

“Madziu, zawsze będę Cię kochał. Lenko, zawsze będę Cię wspierał. Na pamiątkę fantastycznej wycieczki. Kołobrzeg, 14.07.2018r.”

Mężczyzną na zdjęciu był Błażej… Uświadomiłem sobie, że list nie był kierowany do mnie. Co się stało z Leną?

 

Dodaj komentarz

Proszę Zaloguj się aby komentować pod swoim nickiem